Za czym tęsknimy? Najczęściej chyba za czymś, co pozostawiło w nas dobre wspomnienia, a zostało chwilowo lub bezpowrotnie utracone. Za czymś, co było, a czego już nie ma, co odeszło w przeszłość, przeminęło, rozpłynęło się.

Tęsknota jest synonimem poczucia braku – nieposiadania czegoś, nieobecności kogoś.

Ja tęsknię czasami za Yeti – mitycznym małpoludem, zamieszkującym trudno dostępne dla człowieka rejony, którego spotkałem w 2002 roku w Sajanach, na rosyjsko-mongolskim pograniczu. Tęsknię, choć nasze spotkanie trwało ledwie kilka sekund i choć nigdy się nie zobaczyliśmy, bo nawet w tym krótkim czasie nasze oddalone o parę centymetrów twarze oddzielała napięta membrana namiotu.

W 2003 roku miałem 22 lata i wciąż jeszcze męczyłem się na studiach prawniczych. Nasz (mój i Magdy) wyjazd nad Bajkał miał być więc z jednej strony próbą zrelaksowania się po trudnym semestrze, a z drugiej kontynuacją udanego wyjazdu z poprzedniego roku, kiedy to spędziliśmy we dwójkę prawie cztery tygodnie w górach Skandynawii.

Moja wizja wyglądu podróżnika przez te kilkanaście miesięcy pozostała niezmienna – wciąż nosiłem popularne wówczas w ZHP czarne opinacze (rodzaj wysokich wojskowych butów ze skóry), obowiązkowe grube dżinsy przefarbowane domowym sposobem z koloru białego na zielony i filcowy kapelusz a’la Indiana Jones z ręczne doszytym sznurkiem, który zapobiegał porwaniu przez wiatr. W plecaku miałem też czarną, gumowaną pałatkę, diablo ciężką i wielką, w której jednak czułem się jak przemierzający prerię kowboj z książek Karola Maya.

Magda była dużo bardziej praktyczna – mimo, że wyposażenie sklepów ze sprzętem trekkingowym czy górskim nie równało się wówczas nawet jednej dziesiątej tego, co można w nich kupić dzisiaj, miała już porządne lekkie buty oraz syntetyczne spodnie, skarpety i kurtkę. W głębi serca uważałem jej ekwipunek za trochę nowomodny i szczyciłem się swoim stylem twardziela, który nie idzie na łatwiznę. Prawie 30-kilogramowy plecak nie był dla mnie jeszcze problemem, a przynajmniej tak wydawało mi się na początku wyjazdu.

Kierunek „wschód” i magicznie brzmiąca nazwa Kolei Transsyberyjskiej stanowiły dla mnie wtedy spełnienie marzeń. Syberia w mojej wyobraźni trwała jako dzika, romantyczna kraina, inny świat symetryczny wobec nieistniejącego już Dzikiego Zachodu oraz jako przedłużenie sienkiewiczowskich Dzikich Pól. I trzeba przyznać, że się nie zawiodłem.

Do mojego spotkania z Yeti doszło w nocy, na wąskiej turni gdzieś w pobliżu granicy. Nie mam pewności gdzie dokładnie byliśmy, bo jedyna mapa jaką mieliśmy do dyspozycji miała podziałkę jeden do miliona. Innych map tego regionu jeszcze wówczas nie było, lub były tak trudno dostępne, że nie udało się nam ich znaleźć.

Szliśmy już dość długo pod górę, w gęstej mgle, próbując znaleźć jakieś w miarę równe miejsce na biwak. Niestety, kiedy wspięliśmy się na przełęcz, zamiast oczekiwanego płaskowyżu zobaczyliśmy kłębiące się nam u stóp po drugiej stronie chmury. Rzuciliśmy kamień – przepaść.

Na schodzenie po własnych śladach było już za ciemno, a poza tym byliśmy zbyt zmęczeni, by wędrować w trudnym terenie przez kolejnych parę godzin. Mgła wokół nas gęstniała, robiło się naprawdę niesamowicie. Zdecydowaliśmy się iść wzdłuż grani, mając nadzieję, że w końcu rozszerzy się ona w miejsce, na którym będzie można rozbić nasz mały namiocik. I rzeczywiście – po kilkudziesięciu minutach karkołomnego marszu znaleźliśmy coś w rodzaju półki. Po obu jej bokach domyślaliśmy się ziejących otchłani. W niemal zupełnych ciemnościach poukładaliśmy na półce jeszcze trochę kamieni, by uczynić ją nieco równiejszą, pospiesznie rozłożyliśmy namiot, zjedliśmy szybką kolację i – naprawdę zmęczeni – zasnęliśmy.

Obudziłem się koło 3 w nocy wśród absolutnej czerni. Z początku nie wiedziałem dlaczego, jednak od razu poczułem narastający niepokój, od którego szybciej zabiło mi serce. Wytężyłem słuch, chociaż już w czasie marszu zwróciliśmy z Magdą uwagę, jak bardzo mgła tłumi i zniekształca wszelkie dźwięki.

I po chwili – usłyszałem.

To były kroki. W środku syberyjskiej nocy, na wysokości ponad 3 tys. m, w gęstej jak mleko mgle, w górach, w których od paru dni nie spotkaliśmy żywej duszy, ktoś szedł naszym tropem po ścieżce zbliżonej spiętrzeniem przeszkód i głębokością przepaści do tatrzańskiej Orlej Perci. I zbliżał się coraz bardziej do miejsca, w którym nasz namiot całkowicie zagradzał wijącą się po grani niby-ścieżkę.

Po krótkiej chwili, skamieniały ze strachu, wyraźnie rozróżniłem rytm uderzeń o skały: łup; łup; łup. Coraz bliżej.

To nie było możliwe.

To nie mógł być ktoś.

To mogło być tylko coś.

Ale co? Na pewno nie żadna kozica, których ostre uderzenia racic o kamienie słyszeliśmy już wcześniej. Na pewno nie była to, występująca co prawda na tych terenach, ale niezwykle rzadka pantera śnieżna, bo jej miękkie, kocie ruchy są cichsze od szelestu. Nie był to też niedźwiedź – rozbrzmiewające coraz wyraźniej powolne, ciężkie i jakby szurające kroki należały z całą pewnością do istoty dwunożnej. Łup; łup; łup.

Jeszcze moment i usłyszałem też oddech – chrapliwy, gardłowy, groźny.  I zupełnie nieludzki.

Nigdy wcześniej i już nigdy później tak się nie bałem.

Kroki zamilkły tuż przy ściance namiotu. Magda spała głęboko, a ja – zamarły w pół-wychyleniu ze śpiwora, czekałem w straszliwej zgrozie na zęby albo pazury, które zaraz rozedrą tę marną osłonę, by ułamek sekundy później w ogłuszającym ryku rozerwać również nas.

Przez parę sekund (lat – wieków) ani stworzenie na zewnątrz, ani ja, nie wydaliśmy najmniejszego odgłosu. A potem on odetchnął głęboko, jakby starczo, z rezygnacją, i ruszył wśród delikatnego grzechotu kamieni w tę samą stronę, z której przybył. Po paru chwilach nie słyszałem już nic.

***

Moi znajomi lubią, kiedy opowiadam tę historię – uważają, że jest ciekawa i ma w sobie sporą dawkę dramatyzmu. Ale dla mnie, kiedy wspomnienie strachu tamtych kilkudziesięciu sekund już mocno wyblakło, mój prywatny Yeti urósł do rangi symbolu czasów, które bezpowrotnie przeminęły. Czasów, które wspominam ze szczerą nostalgią i – właśnie – trochę z tęsknotą.

Jeśli dobrze pamiętam, żadne z nas nie miało wówczas ze sobą komórki. Nawet jeżeli jakąś wzięła Magda, to roaming polskich sieci był jeszcze tak ubogi, że w Rosji nie można było z niej korzystać. Tak więc nasz kontakt z krajem był bardzo ograniczony i sprowadzał się albo do telefonów z karty (jeśli udało się nam znaleźć odpowiedni i działający automat), albo do mozolnych prób połączeń za pośrednictwem rosyjskiej poczty. Do dziś pamiętam radość mamy, kiedy po kilkunastu dniach milczenia udało mi się w końcu dodzwonić do domu.

Podobnie było rok wcześniej, w Skandynawii. Zgubiliśmy się wtedy bezpowrotnie z moim kolegą z liceum i jego towarzyszką tylko dlatego, że przez brak kontaktu po podziale na dwie autostopowe grupy nie udało się nam już spotkać. Wymyślony naprędce przy rozstaniu system karteczek, które mieliśmy sobie zostawiać na dworcach kolejowych w mijanych miastach, niestety nie zdał egzaminu i tak z czteroosobowej wyprawy zrobiły się w końcu dwie osobne.

Wróćmy jednak do Rosji. Nikt w moim domu nie miał jeszcze wówczas adresu mailowego na który można by wysłać wiadomość, zresztą za wschodnią granicą Polski Internet po prostu nie istniał. Ja sam założyłem sobie konto ledwo parę miesięcy wcześniej, właśnie pod wpływem Magdy, która mieszkała w Katowicach i przekonała mnie, że komunikacja przez modem jest znacznie tańsza niż rozmowy międzymiastowe i nieporównanie szybsza niż pisanie listów. A naszą wyprawę na Syberię trzeba było w końcu jakoś wspólnie zaplanować. I ten argument w rodzinnym bilansie zysków i strat w końcu przeważył – w naszym domu, za pośrednictwem dramatycznie wolnego łącza, zawitał informacyjny świat www.

Różnice między „wtedy” a „teraz” można by wyliczać jeszcze długo.

Wtedy chciałem być jeszcze prawnikiem, dziś już wiem, że na szczęście nigdy nim nie będę.

Wtedy byłem zażartym wrogiem aparatów cyfrowych, które, choć oczywiście dostępne już na rynku, były szaleńczo drogie i stanowiły dla mnie całkowite zaprzeczenie idei fotografii. Dziś pstrykam głównie cyfrową lustrzanką.

Wtedy sądziłem, że wszystko wiem i muszę tylko uświadomić innym, że się mylą. Dziś rozumiem, że wciąż wiem bardzo mało, nie chcę też już nikomu niczego uświadamiać.

Wtedy miałem jeszcze włosy, teraz gdzieś mi zniknęły. Noszę za to lekkie, wygodne, trekkingowe buty, pałatkę zastąpił poręczny i pakowny sztormiak, a zamiast obciachowego obecnie kapelusza pojawiła się dość pospolita czapeczka z daszkiem. Przejąłem też wiele z użytecznych podróżniczych patentów Magdy, które odchudziły mój plecak o ładnych parę kilo, dzięki czemu nie miewam już takich kryzysów jak ten w syberyjskiej tajdze, parę dni po spotkaniu z Yeti.

Moja rodzina traktuje codzienne smsy z Tadżykistanu czy Laosu jako normę, a dzięki rozmowom przez Skype’a jest prawie tak, jakbyśmy byli tuż obok siebie.

Niby wszystko zmieniło się na lepsze, świat się zmniejszył, historia przyspieszyła, a komunikacja między ludźmi nigdy wcześniej nie była tak łatwa i przyjemna.

Ale, ale, ale…

Z wieloma przyjaciółmi z tamtych lat nie mam już kontaktu. Pokończyli studia, pozakładali rodziny, odeszli w ważne przedsięwzięcia i projekty. Magda wyjechała za granicę i od bardzo dawna ze sobą nie rozmawialiśmy. Mój młodzieńczy radykalizm gdzieś się rozpłynął, a romantyczną podróż w prawdziwe „Nieznane” zastąpiła skrupulatna lektura przewodników Lonely Planet i licznych barwnych map najodleglejszych zakątków świata. W ogromnej ilości codziennych zdjęć trudno się połapać, a większości z nich pewnie i tak nikt nigdy nie obejrzy.

Oczywiście wciąż mam wokół siebie cudownych ludzi, a przy boku wspaniałą dziewczynę, która bez dwóch zdań jest w końcu tą właściwą. Odbywamy właśnie podróż naszego życia i jesteśmy naprawdę szczęśliwi.

Ale tamte, niby niedawne lata, ze swoją nutką zacietrzewionej nieporadności i posmakiem tajemnicy nieznanego, nieodwołalnie odeszły w przeszłość. Ich niknącą ikoną wciąż pozostaje mój Yeti, choć w żadnym z syberyjskich poradników z informacjami o kurortach i cenach nie znalazłem o nim najmniejszej wzmianki.

Powoli przestaję też być pewien, czy do tego spotkania kiedykolwiek doszło.

Adam Miński

(napisałem ten tekst w Laosie, w listopadzie 2009 roku).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *