| Bałtyk (maj 2008) |
|
Trasa: Świnoujście - Ronne - Allinge - Christianso - Skillinge - Sassnitz - Świnoujście Skład: Natalka, Antylopa, Ania B., Wiciu, Filip, Jacek B., nasz kapitan Grzegorz i ja. Termin: 03 - 10 maja 2008 r.
Autorski
ranking toalet i miejsc ustronnych na okoliczność rejsu sporządzonych
przez
Filipa „Gepcia” B.
Załatwić
się i umyć – ważna rzecz. W obcych miejscach niektórzy mają z tym problemy,
które mogą przerodzić się wręcz w schizę. Pół biedy jak jesteś dwa tygodnie w
tym samym miejscu. Po jednym dniu przyzwyczajasz się i problem z głowy. Na
rejsie jesteś co dzień w innym porcie i tu zaczyna się trauma. Myśl moja
biegnie od portowego kibla do portowego kibla, a na morzu człowiek zamiast
kontemplować widoki (Jakie, kurwa, widoki? Woda, woda, woda!) już się
zastanawia, czy w następnym porcie będzie z przeproszeniem górnopłuk czy
dolnopłuk. Takie oto refleksje naszły mię, gdym wspominał wyprawę naszą
fajowską.
Dzień I. Świnoujście (jak wolą wilki morskie: Świnkowo)
Pierwszy kontakt z wodą to przeprawa promem Bielik na drugi brzeg Świny w towarzystwie świeżo upieczonej sześćdziesięciolatki, która przyjechała z wózkiem bagażowym po Szwedów, a trafiła na nas. Znajomość, jak to dzisiaj bywa, trwa krótko. Adam, jak zwykle, bajeruje, że będzie pisał listy, wyśle fotki i te de (wysłałem te fotki!!! Adam). Idziemy do mariny. Tam poznajemy naszego kapitana, nasz jachcik S/Y Gust i portowy kibel, o którym jeszcze wspomnę. Potem rundka do miasta celem nabycia płynów, potem na plażę. Wieczorem pod kiblem, do którego trochę się już przyzwyczaiłem, spotykamy kolesia, który straszy nas, żebyśmy w nocy nie wychodzili na miasto, bo dostaniemy w ryja. Idziemy to sprawdzić. Portowy kibel staje się bramą do wielkiej przygody, która wszelako nie nadchodzi, gdyż nikt nas po ryju nie bije. ![]() Na peronie z naszą panią tragarz ![]()
Pani tragarz - zbliżenie :-)
![]() Po kocich łbach taczka nie pojedzie - trzeba nieść bagaż samodzielnie ![]() Poznajemy "Gusta" ![]() Ekipa bez kapitana po świnoujskim wiatraczkiem ![]() ![]() Dzień II. Świnoujście –
Ronne
W Ronne jest już ciemno, ale my mimo to
udajemy się do centrum. Tam całujemy Lopcię (patrz zdjęcie) i wracamy do portu.
Kilka słów o kiblu portowym. Był tak przeciętny, że nie posiadam żadnych
wspomnień z nim związanych poza widokiem namydlonego Duńczyka, który zamiast
mydlić się w kabinie, mydlił się wszędzie.
Rano ponownie udajemy się do centrum
Ronne, zwiedzamy cmentarz, kościół, rynek i spływamy do Allinge.
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dzień III Ronne – Allinge
Płyniemy spokojnie wzdłuż brzegów
Bornholmu. W Allinge jest supermalowniczo. Po zacumowaniu ekipa struga pyry, a
Gepciu trzaska kotlety, które smaży mistrz patelni Adam. Pod pokładem odbywa
się również gremialne przygotowanie sałatki, w czasie którego zespół
kulinarno-wokalno-taneczny prezentuje pioski Kaliny Jędrusik. Następuje
degustacja win, po której członkowie załogi S/Y Gust udają się na mały
rekonesans. Pierwszy postój połączony z degustacją płynów następuje na
pobliskiej łące. Tam też uczestnicy popisują się znajomością literatury
romantycznej oraz elementów akrobacji (vide zdjęcia). Dalej sześcioosobowa
ekipa udaje się na plażę. Tam faceci, tj. Wiciu, Adam i Gepciu dokonują aktu
kąpieli morskiej (jest to, przypominam, pierwszy tydzień maja). Na plaży
następuje dyskusja (czy ktoś pamięta o czym?) i robi się generalnie fajowo, tak
jakoś błogo i przyjemnie...
Wracając do kwestii kibla portowego...
Kibel był, ale nie było kodu dostępu. Nocną kąpiel w morzu uważam w związku z
tym za zbawienną.
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dzień IV. Allinge – Christianso
Płyniemy na maleńkie Christianso.
Tu z kolei portowy kibel był w remoncie. Poszliśmy więc połazić po wyspie.
Jacek i Adam wpadają w szał fotografowania. Adamowi udało się zrobić w ciągu
całego rejsu kilkaset zdjęć zachodu słońca. Lopcia z Gepciem idą liczyć kaczki.
![]() Dzień V. Christianso – Skillinge
Był to najlepszy, jeśli chodzi o
warunki do żeglowania dzień. I i II oficer postanowili go przespać pod
pokładem, potem marudzili, że przespali takie fajne fale. Po paru godzinach
żeglowania ujrzeliśmy pachnącą świńskim gównem Szwecję. Skillinge, do którego
przybiliśmy okazało się osadą idealnie nijaką. Na pytanie: gdzie jest centrum,
tubylec spojrzał na nas z niejakim niedowierzaniem i delikatną nutką abnegacji.
W Skillinge bowiem nie tylko nie ma centrum, ale też nie ma w ogóle nic. Z
wyjątkiem oczywiście kibla portowego. Niestety dla zwiedzających czynne było
tylko skrzydło dla niepełnosprawnych. Mycie się w umywalce (brak prysznica)
następowało zatem w pozycji kucznej. Tę zamarłą mieścinę opuściliśmy z ulgą.
![]() ![]() Dzień VI. Skillinge – Saasnitz
Długi odcinek, a wiatru brak.
Dopływamy późnym wieczorem. Grzegorz ostrzega, żeby nie iść do portowej
pizzerii. Oczywiście idziemy. Tam kelner o latynoskiej urodzie przeprasza
Adama, głaszcząc go po ręce: „Na gofry jest już za późno, słoneczko”. Wieczór
kończy się spontanicznym koncertem na falochronie. Jest klimacik. Następny
ranek przeznaczamy na poszukiwanie Herr Meiera, tamtejszego Hafenmeistra i
portowego kibla. Ani jednego, ani drugiego nie udaje się znaleźć.
Rekompensujemy sobie za to brak gofrów: lody, rybka, lody, piwo. Jest również
wycieczka na klify i zwiedzanie U-bota. Po południu wypływamy w stronę
znajomego już kibla w świnoujskiej marinie.
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dzień VII. Saasnitz –
Świnoujście
![]() Dzień VIII. Świnoujście
– Szczecin
Odstawiamy Gusta do Szczecina naszemu
armatorowi. Na Zalewie atak ni to komarów, ni to meszek. Udaje nam się przeżyć.
Szczecin Dąbie – pociąg – chatka. Fajnie było, no!
![]()
|
||||||||||||||||||||||||













































































Bądź pierwszym który skomentuje




