| Przyjazd Lilki (lipiec 2008) |
|
Miejsca: Opuszczone budynki Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Poznaniu, opuszczony szpital psychiatryczny w Owińskach Skład: Lilka i ja Termin: 3-4 lipca 2008 r. Poniżej relacja niezastapionej Liliany - mam cichą nadzieję, że w przyszłości będę mieć jakieś profity z tego, że jej literacki debiut dokonał się na moim portalu :-) ![]()
Jest
już ze dwa miesiące ‘po fakcie’, a mnie natchnęło na relacje.. może dlatego, że
zbliża się kolejna wizyta w tymże pięknym mieście (choć wiadomo, nie
piękniejszym niż Wrocław... :P)
*** ![]()
Obchodzimy wokoło cały budynek z myślą dostania się do środka ale bez powodzenia. Jeśli nie do środka to w górę! Adam dostrzega wysoką drabinę na szczyt hali i oczywiście biegnie tam bez zastanowienia. Ja rozważam każdą następną metalową beleczkę. Wspinam się gdzieś do połowy długości kiedy stwierdzam, że jednak beton pode mną nie byłby dobrym amortyzatorem w razie upadku. Czekam więc sobie, podziwiając roztaczające się widoki, aż Adam skończy biegać po dachu. Beton, suche trawy i krzaki i wielka pustynia torów kolejowych no i pociągi. ![]()
Zdobywca
szczytów szczęśliwie trafia z powrotem i w jednym kawałku na ziemię, ale
następne drabinki już są moje;D Wbrew pozorom wysokość drabinki nie musi
decydować o jej bezpieczeństwie. Rozważam ten problem, kiedy wspinając się na
ową niższą drabinkę dostrzegam, że w niektórych miejscach mocowania do ściany
puściły. Niestety dach pokryty papą nie
krył jakichś szczególnych zagadek ani przygód.
![]()
Jeszcze parę zdjęć i wracamy do bramy. Znowu trzeba
się powyginać jak na jodze, co Adam skrupulatnie fotografuje. Nagle spośród
wysokiej trawy i krzaków pojawia się dziwny trochę menelowo wyglądający pan.
Błyska jakąś plastikową legitymacją, mówiąc przy tym, że mamy skasować zdjęcia.
Całe szczęście w trakcie pokazywania panu, że nie on był tematem zdjęć, w
Adamowym Canonie siadają baterie. Zaś mój ‘projektor’ pozostaje niezauważony:P
Dokańczając dyskusji wycofujemy się i potem już w miarę szybko oddalamy:P
![]() ![]() Następny dzień to już całkowicie mój pomysł. Natchniona zdjęciami z wypraw innych Urban- exploratorów (tak, tak.. takich wariatów biegających po ruinach jest więcej i taka zabawa ma nawet swoją nazwę;) postanawiam, że głównym punktem dnia będą Owińska. Miejscem szczególnym w tej położonej pod Poznaniem wsi jest dawny szpital psychiatryczny, obecnie pozostawiony samemu sobie. Dopiero niedawno zaczęłam się zastanawiać, dlaczego psychiatria, szpitale i to co z nią związane (kiedyś wybierałam się na medyczną z myślą zostania chirurgiem bądź psychiatrą!) jest dla mnie tak niesamowite. Intrygujące a zarazem przerażające. Jak straszny może być świat ludzi ciężko umysłowo chorych, kiedy nie rejestrują świata zewnętrznego, a ich wyobrażenia wydają im się realem. Jeśli zdrowy człowiek w ciemności czasem umiera ze strachu przypominając sobie wszystkie widziane horrory to co dopiero kiedy wskutek zmian w mózgu te horrory wydają się prawdziwe. Przebywanie w takich miejscach pozwala dotknąć tej tajemnicy.
![]()
Wchodzimy do pierwszego z brzegu budynku. Jasna, wielka sala z miejscem dla chóru i jakby ‘tablicą ogłoszeń’ obok której znajdowała się wnęka nasuwająca na myśl podajniki na jedzenie na stołówkach. Być może sala na uroczyste posiłki?
Ogrom całego kompleksu budynków przytłacza. Labirynt pokoi i korytarzy. Różne wejścia i klatki schodowe. Możliwości ‘zwiedzania’ jest tak dużo, że aż nie wiadomo gdzie wpierw iść tak żeby przypadkiem nie przegapić najciekawszych kadrów. Potłuczone, białe, kwadratowe kafelki albo popękane wzorki odpadającego tynku. Zielony, żółty, miętowy.. Miętowe kolumny w wysokiej sali, coś jakby przedsionek do term. Wszechobecne graffiti zaczynając od niewinnego hasła ‘najbrzydsze dziewczyny idą do harcerstwa’, poprzez różnego rodzaju rysunki, podpisy i popisy aż do satanistycznych klimatów. Takie gęsto zaznaczone dowody bytności innych poddają pod wątpliwość pomysł zwiedzania tak wielkiego i pustego kompleksu jedynie w dwie osoby… Adam jakby na przekór moim obawom wpada na genialny pomysł obejrzenia piwnic. Oczywiście nie mamy ze sobą latarki, ale to nie jest dla Adama argument. Zanim zdążyłam mocniej zaprotestować błyskające jak burza na horyzoncie światełko flesza mrygało już gdzieś w czeluściach piwnicy. Jak to z dużymi chłopcami bywa rozsądek gdzieś wyparował :P Tłumaczenie, że piwnice budynku z założenia klasztornego mogą być dość rozległe i niespecjalnie dobrym pomysłem jest chodzenie po nich tylko w dwie osoby bez latarki, uderza jak groch o ścianę. Moja panika rośnie i włącza mi się coś na kształt klaustrofobii. Ciemno, nie widzę na czym stawiam nogi.. W oddali w nikłym światełku brudnego, piwnicznego okna widzę ciemniejszą plamę niskiego korytarza i już wiem, że będzie ciężka przeprawa! Moja wyobraźnia wyświetla jak niziutki pułap zawala się grzebiąc nas z dala od światła, powietrza i zasięgu telefonów (oczywiście nikt chyba nie wiedział dokąd jedziemy), nawet od tubylców, bo kto wpadłby na pomysł odgrzebywania jakiejś tam dziury w piwnicy. Kobieca intuicja mnie nie myliła i zgodnie z przewidywaniami Adam za wszelką cenę chce wejść do owego korytarzyka, którego wysokość pozwalałaby tylko na przeczołgiwanie się na kolanach. Moje paniczne oburzenie odwołujące się do zdrowego rozsądku daje znikome rezultaty. Dyskusja trwa, a klaustrofobia rośnie! „Przecież nie będę się tam czołgać w baletkach, szortach i na gołych kolanach!” wytaczam banalny ale miażdżący argument! Jego niepodważalność jest niezaprzeczalna, odwołuje się wszak do rzeczy praktycznych, których w danej chwili(z braku spodni na przebranie) nie da się zmienić . Jedynym rozwiązaniem byłoby gdyby Adam sam wlazł do tego korytarza, jednakże tu dochodzi do głosu mądrość dżentelmena i Adam (po długich perswazjach :P) nie decyduje się pozostawić mnie samej na pastwę satanistów i okolicznych dresów.
Wieża, jako jedyna część obiektu, jest tak naprawdę w ruinie. Nie ma dachu, a ceglane ściany zdają się wykruszać. Za to rozpościera się z niej wspaniały widok na okolicę. Widać też ogrom całego założenia, które pierwotnie było klasztorem. Stary drzewostan, rzucona gdzieś wśród wysokiej trawy fontanna.. Panuje tu jakby inny nastrój niż w całej pozostałej części budynków. Nie przytłacza już ponura historia tego miejsca, widać co jest za murami dawnego szpitala, a więc ludzie i normalny świat. Przebywając w owińskim szpitalu ma się wrażenie zupełnego odcięcia od świata, jakby zostało się przeniesionym gdzieś daleko od wszystkiego co bezpieczne i normalne. Tak nienaturalna wydaje się pustka i brak ludzi na tak dużej przestrzeni.. Ale czy właśnie nie o poszukiwanie pustki chodzi w ‘urban exploration’?:)
*Kilka faktów na koniec.. Szpital psychiatryczny w Owińskach nie miał
różowej historii.. w trakcie ‘zwiedzania’ ważna jest więc kwestia uszanowania
jej.
tekst z
http://www.fotoprasa.pl/material.php?material=102&photo=15 Dawniej, jeszcze przed wojną, w Owińskach znajdował się zakład dla umysłowo chorych. Obiekt otwarto w roku 1838 wykorzystując puste budynki klasztoru. Zakład psychiatryczny okazał się zbyt mały i dlatego w 1873 roku zbudowano nowe obiekty, a w roku 1874, w istniejącym już zakładzie dobudowano drugie piętro. Później w 1890 roku nadbudowano i wydłużono skrzydło zachodnie. Zakład psychiatryczny był ogromny. Był to jeden z najnowocześniejszych obiektów tego typu w Europie. Po modernizacji zakład posiadał własną gazownię, wodociągi, kuchnię, pralnię parową, a nawet cmentarz. Wkoło utworzono piękny park.
We wrześniu 1939 roku zakład został przejęty z rąk administracji polskiej przez władze niemieckie. Wkrótce nastąpiły zmiany na stanowisku dyrektora, kierowników, lekarzy i pielęgniarek. Stanowiska zostały obsadzone przez Niemców, którzy przybyli z III Rzeszy. Natychmiast ograniczono stosowanie leków i wydano zakaz zwalniania chorych. W krótkim czasie sporządzono listy pacjentów, będące podstawą do ich wywożenia i uśmiercania. Akcją mordowania pacjentów zajmowała się specjalna jednostka funkcjonariuszy Sonderkommando SS pod dowództwem SS Obersturmführera Herberta Lange.
Nieuleczalnie chorych uśmiercano. Do zabijania używano trującego gazu. Następnie zwłoki zamordowanych pacjentów były ładowane na samochody i wywożone do lasu koło Obornik Wielkopolskich. Ciała zakopywano w masowych grobach. W ten sposób uśmiercono ponad 1000 pacjentów z Zakładu Psychiatrycznego w Owińskach. (Janusz Gumkowski oraz Tadeusz Kułakowskii w swojej książce pt: "Zbrodniarze hitlerowscy przed Najwyższym Trybunałem Narodowym" napisali: "... Owińska, w 1939, zamordowano wszystkich chorych w liczbie 1100 osób, w tym 70 dzieci.") Sonderkommando SS na terenie Kraju Warty w latach 1939 - 1945 uśmierciło ogółem 6000 pacjentów.
W sierpniu 1941 roku akcje eutanazji zostały przyhamowane przez Hitlera. Obawiano się buntu społeczeństwa i żołnierzy na froncie. Likwidacji umysłowo chorych dokonywano odtąd już innymi metodami. Stosowano zastrzyki lub doustnie podawano trucizny. Dla zatarcia śladów popełnionych zbrodni hitlerowcy z Kommanda Lange przy pomocy grupy więźniów żydowskich odkopali zwłoki pomordowanych i je spalili.
Celem niemieckich jednostek było pozbycie się chorych aby w ten sposób
uzyskać miejsce na utworzenie nowych placówek wychowawczych. Niemcy zrabowali
mienie zakładu i spalili bogatą bibliotekę medyczną. W zakładzie
psychiatrycznym, hitlerowcy utworzyli szkołę SS im. Adolfa Hitlera. W tym samym
czasie na terenie nowo powstałej szkoły utworzono podobóz Gross Rosen. Znalazło
się tam wielu jeńców różnej narodowości. W roku 1943 do Owińsk przybył
Gauleiter Artur Greiser. Pochwalił Wermacht za czystki i sumienne wynonywanie
powierzonych zadań.
W okolicznych lasach mieścił się poligon wojskowy dla niemieckich
żołnierzy. Wykopano również panzergrab, czyli wielki rów przeciwczołgowy.
Pozostałości po transzejach widoczne są do dziś.
Wyzwolenie Owińsk nastąpiło 23 stycznia 1945 roku.
|
||||||||































Bądź pierwszym który skomentuje




