Nasi sponsorzy
Sail and Rock Crooc
Polecamy
Koniec Swiata logo anyService logo
Przyjazd Lilki i Chomika (wrzesień 2008)
Miejsca: Opuszczony psychiatryk w Owińskach (po raz kolejny :-)), Wawrzynówka (czyli mieszkanie Kaszubki), spalony dom przy Lutyckiej, Złotniki i poligon w Biedrusku
Skład:
Lilka, Chom, ja i gościnnie (a raczej gospodarsko) Kaszubka
Termin:
29-30 września 2008 r.

Relacja poniżej tradycyjnie w wykonaniu Lilki. Co ja tu będę opowiadać, ładniej niż ona się nie wysłowię
Uśmiech

lila_chomik_59.jpg
Perły, nie kobiety :-)

Chmurnym popołudniem siadam do mitycznego czerwonego dragona (zwanego też KITem) i razem z Chomikiem wskakujemy na ruchliwą drogę na Poznań. Żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka raz chłopaczek – my mamy raz słoneczko, a raz deszczyk, ale droga przebiega spokojnie aż do feralnego korka pod Poznaniem! Ciąg aut stoi ciasno aż po horyzont. Chom obraca się by po coś sięgnąć i sekundę potem jesteśmy już centymetry od stojącego przed nami granatowego Seata! Hamulec i obydwoje dochodzimy do wniosku, że chyba go nie dotknęliśmy. Jego kierowca jest niestety innego zdania. Zjeżdża na pas awaryjny, co zmusza nas do uczynienia podobnego zabiegu. Okazuje się, że tył zderzaka ma lekkie zadrapanie. Wygląda to tak jakby ktoś przejechał po plastiku grzebyczkiem. Jak na moje oko tragedii nie ma zupełnie, zwłaszcza, że zadrapanie jest gdzieś na dole i trzeba się nachylić, aby je w ogóle zobaczyć. Chomik wraca do auta z informacją, że gość żąda 200 zł. Szok. Próbujemy przekonać pana, że to niemożliwe, żeby za taki drobiazg kosztował tyle pieniędzy, ale pan Maciek stwierdza, że musi wymienić cały ten plastikowy element. 200 zł albo policja? Odpowiedź jest oczywista zwłaszcza, że się spieszymy. Fakty są jednak nieubłagane - poskładawszy wszystko co mamy nie ma szans na uzbieranie 200 zł. Daję 40 zł i dosłownie nie mam już ani złotówki, ani nawet grosza przy sobie (śmieszne uczucie).  Chom ma w portfelu jakieś groszaki, euro i korony.. Pan Maciek nie zna litości i jedziemy do najbliższego bankomatu, z czego ja w Seacie w roli zakładnika. Z całych sił próbuje wykrzesać w sobie jakieś umiejętności negocjacyjne i przekonać pana, że taka bagatelna ryska nie stanowi jakiejś przeszkody w dalszym użytkowaniu samochodu. Mając jeszcze trochę wiary w ludzi pytam się pana czy ta rysa będzie stanowić jakiś problem techniczny, w sensie, że będzie przyczynkiem do korozji czy jakichś wżerów czy też przeszkadza mu jedynie pod względem estetycznym. Odpowiedź zabija mnie zupełnie, bo okazuje się że jedynym problemem jest tu estetyka. Dla mnie jest to niepojęty punkt widzenia, żeby kilka rysek przeszkadzało w użytkowaniu samochodu. To tak jakby chcieć robić sobie operację plastyczną z powodu siniaka!!! Może to kwestia tego, że w mojej rodzinie taką rzeczą nikt by się nie przejął. Zwłaszcza, że nasze Passaty i polonez noszą dużo historycznych pamiątek i jedna więcej lub mniej nie stanowi różnicy :P Wszak to żadna plama na honorze jeździć autem z malutkim zarysowaniem. No, ale wracając do sytuacji - okazuje się, że nawet z pomocą bankomatu jedyne co mamy to 100zł. Pan Maciek nie odpuszcza, w zastaw idzie dowód, a kolejne 100 zł mamy przywieść wieczorkiem (dobra wróżka Adam pomoże :))


lila_chomik_50.jpg
lila_chomik_51.jpg

Od momentu przekroczenia bramy na ulicy Lodowej włącza się piąty bieg. Chcemy zdążyć odwiedzić jakieś ruiny zanim zapadnie zmrok. Stawiamy w końcu na Owińska, bo to w stronę pana Maćka, któremu musimy dostarczyć brakujące pieniądze. Jeszcze przywitanie się z Kaszubką, obowiązkowa zapiekanka z warzywami i  grzęznąc w korkach posuwamy się powoli w stronę Owińsk (proponuje dyskusję i głosowanie nad odmianą nazwy tej wsi.. Owińska? Owińsko? Do Owińsk? Do Owińskiej?...spory trwają :P). Tylko, że w międzyczasie nadchodzi zmrok. Na nic zdają się moje próby odciągnięcia dwóch wariatów od pomysłu zwiedzania opuszczonego psychiatryka po ciemku tylko w 3 osoby. Jakby sam fakt, że oto idziemy do kryjówki satanistów, dresów i wszelkich meneli uzbrojeni tylko we flesze aparatów i latarkę w komórce Choma, to jeszcze za mało, okazuje się, że trzeba wspinać się po bramie. Sporą wyrwę w murze, którą pamiętam z ostatniej wizyty w tym miejscu, zamurowano dorzucając do tego wymalowaną groźbę kary 15 tys. dla tych, którzy ośmielą się psuć tu cokolwiek (wchodzić pewnie też nie wolno:P). Wyrzekając na wysoce nierozsądny pomysł takiej eksploracji idę jednak razem z nimi do środka. Śmieszne, bo po obejrzeniu w te wakacje ogromnej ilości horrorów (których początki często wyglądały podobnie jak nasza wyprawa) wcale nie przypominają mi się żadne surrealistyczne scenariusze, zjawy ani mordercy z piłą. Bardziej jest to trzeźwa kalkulacja ryzyka, które w tym wypadku zdecydowanie przedkładało się nad wszelką ekscytację z takiej przygody. Przeważeniem szali był plan Adama żeby wejść na wieżę. W pamięci od razu jak żywo stają schody pozbawione dwóch pierwszych stopni, a z pozostałymi odspojonymi od ściany. Nawet w dobrym świetle trzeba było powolutku i bardzo ostrożnie stawiać stopy bowiem cała konstrukcja była delikatnie mówiąc chwiejna. Nie mając zamiaru spędzić w gipsie najbliższych paru tygodni stwierdzam, że pójdę poczekać do auta. Chłopaki odprowadzają mnie do dogodnego przejścia przez mur i ze świeżo zanotowanymi w pamięci instrukcjami obsługi auta idę na opustoszały parking. I pomimo, że Chomikowy dragon jest jedynym stojącym tu samochodem to jakby ręką mija mi to dziwne uczucie osaczenia, które miałam będąc za murami psychiatryka. Nie wiem na czym to polega, ale odwiedzając to miejsce także w pełnym lipcowym słońcu czułam jakiś dziwny, przytłaczający chłód. Ma się wtedy wrażenie jakby się było zupełnie odciętym od świata i to w negatywnym, niepokojącym sensie.. Ponieważ na tym pustym parkingu czuję się lekko zagrożona, postanawiam zawczasu przygotować się na wszelkie ataki z zewnątrz. Trochę czasu zajmuje zanim udaje mi się pokonać wszystkie blokady i odpalić silnik. Jedno zabezpieczenie pozostaje jednak dumnie niezdobyte. Włamywacz nawet jeśli auto ukradnie mocno się zawiedzie, bo nie ma siły, żeby zwykły śmiertelnik uruchomił radio. Chom w przelocie próbował mi wytłumaczyć jak złamać ową blokadę, ale wymaga to niezwykłej koncentracji, sumienności i szybkości działania. Przestawiwszy samochód do pozycji bojowej i ustawiwszy lusterko tak, żeby mieć podgląd na tyły mogłam już siedzieć spokojnie. Chłopaki zjawili się zupełnie nagle jak gwiazdkowe prezenty pod choinką, tak że nawet nie zdążyłam rozwinąć telefonicznej konferencji z Miłką :P

 

lila_chomik_49.jpg

Oddajemy panu Maćkowi pozostałe 100zł i już wolni od wszelkich zobowiązań i pieniędzy możemy iść na imprezę do Kaszubki. Zaczyna się spokojnie. Taśmowa produkcja tostów z superwynalazkiem czyli sosem majonezowo-keczupowym. Choć jestem miłośniczką tostów i eksperymentów na tej ‘potrawie’ to nigdy nie wpadłam na to, żeby majonez dać na tosta.. no proszę, a efekt  smakowy jest genialny! Szaleństwo zaczyna się kiedy każde z naszej trójki dostaje swoje wino do dyspozycji, Kaszubka burżujsko pociąga z kieliszka :P Fajka pokoju, wspominanie innych wyjazdów, rozmowy o życiu, dyskusja na temat samouwielbienia i noszenia pereł, bezzapachowe 0,3 wódki.. Kaszubka opuszcza arenę pierwsza, ale jest to wybór całkiem zrozumiały bowiem następnego dnia musi wstać rano do pracy. Nie to co Adam. Ten jakoś po drugiej, skokiem Willy - młodej orki rzuca się z kołdrą na kanapę i chyba jeszcze w locie zasypia. Od razu zamienia się też w człowieka-kamienia i nie ma sposobu żeby go przywrócić do życia :P

lila_chomik_52.jpg
lila_chomik_55.jpg
lila_chomik_61.jpg
lila_chomik_62.jpg
lila_chomik_57.jpg
lila_chomik_69.jpg

 

Rekompensata za nietowarzyskkie zachowanie następuje następnego dnia, kiedy Adam motywuje nas do wstania o przyzwoitej porze i przyrządza świetną jajecznicę:) Pełni sił i energii ruszamy podbijać nowe tereny. Pierwszą ofiarą jest opuszczony domek przy ulicy Lutyckiej. Wokół panuje dosłownie rozpiernicz. Takie połączenie auto-szrotu z wysypiskiem i noclegownią. Widać piętno miasta. Na trawie i w zaroślach walają się części samochodów i mebli, jakieś blachy, wężyki, wykładziny, wybite okna, w środku wielkie grafitti, bajzel (ale nie taki pozostały po mieszkańcach jak w Kotlinie Kłodzkiej tylko napływowo-menelski). W jednym z pokoi jest nawet swego rodzaju leżanka i spodnie na zmianę, więc hotel pierwsza klasa. Na piętrze sprawy już nie mają się tak dobrze, stropy wiszą wybrzuszone jak hamak, wydaje się, że lada moment przełamią się jak miękki batonik i wszystko to runie nam na głowy. Adam nie zrażony taką perspektywą popyla od razu na samą górę. Przypomina mi to trochę odcinki Superniani, gdzie niegrzeczne bachory nie patrząc na nic biegają jak dzikie po supermarketach albo ze znanych tylko sobie powodów wypadają rozpędzone na jezdnię :P Analogia jest aż uderzająca! Choć na ostatnim piętrze nie ma nic poza resztkami ścian i spalonego dachu Adam próbuje odkryć niezbadane tajemnice.  No tak, po co strop ma spaść na głowę, lepiej żeby spaść razem ze stropem :P W końcu udaje nam się z Chomikiem odwieść go od pomysłu chodzenia po tym bardzo wątpliwym podłożu, ale uwierzcie nie było łatwo!

 

lila_chomik_70.jpg
lila_chomik_72.jpg
lila_chomik_74.jpg
lila_chomik_26a.jpg
lila_chomik_31.jpg
lila_chomik_27.jpg
lila_chomik_30.jpg

W następnym uderzeniu kierujemy się na Biedrusko. Mijamy działkę rodziców Adama, co prowokuje amfiladę wspomnień :P Za ogródkami wjeżdżamy w leśną drogę tylko dla czołgów i za jakiś czas jesteśmy już na dawnych terenach wojskowych. Chom ukrywa KITa w wąwozie i uważając żeby nie stanąć na miny (tak, Adam cały czas na straszy zakopanymi minami) ruszamy eksplorować teren. Betonowe budynki stoją wśród drzew, a upstrzone są odblaskowymi chlapnięciami farby. Wokół jest pełno śladów zabawy w paintball i ścieżek wyrzeźbionych przez motocrossowców. Dobrze, że jest wtorek, bo w weekendy na pewno jest tu gęsto od ludzi.

lila_chomik_32.jpg
lila_chomik_35.jpg
lila_chomik_33.jpg
lila_chomik_37.jpg
lila_chomik_38.jpg

Odpalamy dragona i jedziemy dalej. Celem jest ruina kościółka w Biedrusku. Zanim tam jednak dotrzemy trafiamy na odbicie do jakiegoś wczesnośredniowiecznego grodziska. Co do grodziska jestem sceptycznie nastawiona, a raczej wiem czego się spodziewać po doświadczeniach z mitycznymi fortami (odsyłam do relacji z Kotliny Kłodzkiej :P). Adam umiera z dumy, że jego Poznań jest niby kolebką polskości, a wszystko to tylko po to żeby przyćmić zazdrość. Wrocław jest przecież zdecydowanie piękniejszym miastem ;D

 

lila_chomik_39.jpg
lila_chomik_40.jpg
lila_chomik_41.jpg

Grodzisko okazuje się sporą górką położoną w lesie, na szczycie której ktoś bawił się w ognisko. Co ciekawe, gdzieś w jeden ze stoków wbudowana jest ceglana piwniczka. Kiedy i w jakim celu powstała? Wokół piękne lasy z bagnistymi dolinkami. Idziemy kawałek okrążając szczyt wczesnochrześcijańskiego dzieła, kiedy Chom sokolim wzrokiem dostrzega za drzewami jasną taflę wody. Oczywiście tam się kierujemy. Teren jest coraz niższy i rzeczywiście za wysokimi trawami widzimy jezioro! :D Równocześnie spostrzegamy, że jesteśmy w samym środku bagna. Adamowi na widok wody włącza się motorek w tyłku i pędzi gdzieś przez błota. Ja i Chom trochę ostrożniej próbujemy przebrnąć przez mokradła z powrotem w stronę suchego lasu. Na lewo bagno, na prawo bagno, bryzgi bagna na spodniach, oficerki całe ubagnione, ale jakie wspomnienia! :P W końcu umorusani jak młodzi wojskowi wdrapujemy się na skarpę, a stamtąd już blisko do tajemniczych budyneczków nad wodą. Miejsce jest cudowne, trochę jak stylizowane zakątki z nowoczesnych ogrodów. Po płytkach chodnikowych i drewienkach ułożonych między zaroślami wchodzimy na pomost. Sielanka idealna. Dzikie jezioro w środku lasu, trzciny, sklecone, drewniane pomościki, rybak… Po chwili ekstatycznej zadumy wracamy do ‘skrzyżowania’ ścieżek i idziemy na drugi pomost, na którym ktoś wybudował małą budkę. Po drodze natrafiamy jednak ma pewien haczyk.. Most zwodzony! Gruba bela na zawiasie, przypięta jest łańcuchem. Mało wynalazków jak na jedno miejsce? Na nieco suchszej polanie leży ułożone drewno, przygotowany jest metalowy ruszcik i fotelik z betonowym (!) siedziskiem.

 

lila_chomik_42.jpg
lila_chomik_43.jpg
lila_chomik_44.jpg
lila_chomik_45.jpg

Ostatnim punktem programu jest ruina kościoła w Biedrusku. Stres jest, bo wciąż poruszamy się po drodze, którą oficjalnie nie wolno jeździć cywilom, ale całe szczęście nikt się do nas nie przyczepia.  Z biedruskowego kościółka zostały już tylko ściany i wieża, na którą da się wspiąć wytartymi schodkami. Chwila kontemplacji i żegnamy piękne poligonowe stepy (ku oooogrooomnej rozpaczy Adama, nie zawróciwszy, aby zobaczyć czyiśtam pomnik).


lila_chomik_46.jpg
lila_chomik_47.jpg
lila_chomik_48.jpg

 

Wrocław wraca do Wrocławia, licząc na to, że teraz to Poznań wpadnie w odwiedziny ;)


  Bądź pierwszym który skomentuje
RSS komentarzy

Napisz komentarz
  • Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
  • *Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.
  • Zachowaj w pamięci treść jeżeli pomyliłeś kod.
Imię:
E-mail
BBCode:Web AddressEmail AddressBold TextItalic TextUnderlined TextQuoteCodeOpen ListList ItemClose List
Komentarz:



Kod antyspamowy:* Code
Chcę być powiadamiany emailem o dodaniu nowych komentarzy

 
Nasi patroni medialni
National Geographic Traveller npm magazyn turystyki górskiej Radio Merkury Onet.pl