Oboje z Wielkopolski - Natalia z Obrzycka, Adam z Poznania, z Górczyna.
Poznaliśmy
się na początku grudnia 2008 r., a już w lutym 2009 podjęliśmy decyzję o wspólnej
podróży dookoła świata. Wcześniej każde z nas pojedynczo gromadziło swoje własne
doświadczenia, zarówno podróżnicze, jak i życiowe. Teraz będziemy je gromadzić
dalej, ale na szczęście już razem.
Nie prowadzimy szczegółowego bloga minuta po minucie, bo uważamy że szkoda na to czasu. Choć podziwiamy wszystkich, którzy to robią.
Nie jesteśmy profesjonalistami aparatu i pióra, i nie próbujemy na nich pozować.
Nie oczekujemy komentarzy do każdego zdjęcia, choć zawsze cieszymy sie z maili i każdego wpisu w Księdze Gości.
Nie wnikamy też w szczegóły techniczne podróży - jeśli ktoś jest nimi zainteresowany, zapraszamy do kontaktu.
Po prostu podróżujemy.
Na naszej stronie zamieszczamy zdjęcia i relacje, które wg nas dają jakiś obraz tego, co robimy. Czasem szeroki, czasem zupełnie zawężony - całkowicie subiektywnie i od serca.
Mamy nadzieję, że nasza podróż zainspiruje innych, zwykłych, podobnych nam ludzi do realizacji pragnień i marzeń - zarówno tych wielkich, jak i malutkich, codziennych.
Zapraszamy do lektury naszej strony!
Skąd przybyliśmy, gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy
Co za nami Za sobą zostawiliśmy już: 1) Białoruś, 2) Rosję, 3) Uzbekistan, 4) Tadżykistan, 5) Kirgistan, 6) Ujgurski Region Autonomiczny w chińskiej prowincji Sinkiang, 7) Chiny, 8) Laos, 9) Tajlandię, 10) Malezję, 11) Indonezję, 12) Australię, 13) Singapur Co przed nami
Polska... i kolejne wyprawy - mamy nadzieję, że raczej szybciej niż później.
Przydatne informacje wizowe Białoruś, Rosja, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgistan i Chiny
Otóż - żeby nie owijać za bardzo w bawelnę - WRACAMY! Wiemy że brzmi to
niewiarygodnie, bo jeszcze trzy tygodnie temu w ogóle nie braliśmy
takiego wariantu pod uwage. Ale cóż - życie potrafi nas czasami
zaskakiwać i to jest właśnie taka sytuacja. Musimy się do niej
przyzwyczaić i potraktować ją jako kolejne wyzwanie. Wierzymy, że kiedy znów będziemy gotowi realizować nasz pierwotny plan,
Australia będzie wciąż tam, gdzie teraz. A póki co parę fotek z Singapuru.
I znow na przemian na naszej drodze woda i lad, woda i lad. Odganiajac sie od tlumow naganiaczy i kierowcow busow oraz lodzi, zadnych kasy ktorej nie mamy i krwi ktora sie w nas burzy, docieramy w koncu do trzech malutkich wysepek na polnocny zachod od Lombok. Kazda z nich jest inna, kazda ma swoje plusy i minusy. Ale z grubsza wszystkie mieszcza sie w zachodniej definicji pojecia "RAJ".
Przeskok z Sumatry na Bali moze byc przyczyna powaznego szoku. Niby ten sam kraj, a wszystko jest zupelnie inne. Od natloku pieknych swiatyn, zieleni ryzowych tarasow i kolorow nieba podczas zachodu slonca, az kreci sie w glowie. Nie da sie ukryc - Bali jest prawdziwąindonezyjskąperłą.
(Indonezja) Jeśli ktoś lubi zaliczać podróżnicze symbole, pozostałości trzech wulkanów znanych pod wspólną nazwą Krakatau z pewnością powinny znaleźć się na jego liście. Ale gdyby oceniać to miejsce w oderwaniu od jego dramatycznej przeszłości, nie robi większego wrażenia niż inne czynne wulkany Indonezji. Jednak sama podróż do niego może być całkiem fajną przygodą.
Środek nocy. Śpimy głęboko,
odpoczywając po ponad trzydziestu godzinach w podróży. Nagle noc za
oknem wybucha niesamowitym wyciem, do którego parę sekund później
dołącza się drugi, przejmujący i rozpaczliwy głos. Budzimy się
przerażeni, bliscy ataku serca.
Miejscowość jest w czasie świątecznych
wakacji jedną wielką imprezownią. Ale jakimś cudem tłum okupujący brzegi spienionej
rzeki i spływający na dętkach wcale nie odbiera wiosce czaru i swoistej magii.
Wręcz przeciwnie. A w pobliskiej dżungli żyją nasi niezwykli, rudowłosi
kuzyni...
Berestagi śmierdzi. Jest brzydkim,
nieatrakcyjnym, ale na wskroś autentycznym sumatrzańskim miastem, którego
główną atrakcją są dwa pobliskie wulkany. Gdyby nie one, zapewne żaden zagraniczny
turysta nie postawiłby tu stopy na dłużej, niż to absolutnie konieczne.
Zwiedzanie
Sumatry postanowiliśmy zacząć od północy, a konkretnie od jeziora Toba i
położonej na nim wyspy Samosir. Szukaliśmy jakiegoś cichego i spokojnego przytułku
na Święta, a o tym miejscu słyszeliśmy dużo dobrego. Na wyspę dotarliśmy wcześnie rano w Wigilię.
Życzymy Wam: radości na
Święta, rodzinnego ciepła i wzajemnej serdeczności, pięknych marzeń i równie
pięknej codzienności. Z perspektywy takiego wyjazdu jak nasz widać wyraźnie, że
ta codzienność też jest potrzebna i można za nią naprawdę zatęsknić.
Całkiem sympatyczne postkolonialne
miasteczko wpisane niedawno na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Parę razy
przejechaliśmy się na takiej rekomendacji, ale Melace trzeba oddać, że naprawdę
jest ładna. Trochę atrakcji typu muzeum tortur czy wieża z widokiem na całe
miasto. Ale dla nas to miasto jest przede wszystkim wrotami do Indonezji. Wizy
już mamy, bilety na prom też!
Stolica Malezji nie przestaje nas zachwycać. W sąsiedztwie nowoczesnych drapaczy chmur zaprojektowano wspaniałe zielone ogrody, pełne atrakcji dla każdego wielbiciela przyrody. Znaleźć tu można m.in park orchidei, największą na świecie ptaszarnię oraz ogród pełen motyli. Jak dla nas - prawdziwe cudo!
Te dwie bliźniacze wieże naprawdę robią wrażenie. Nie dość, że są diablo (niebiańsko?) wysokie - każda liczy sobie 452,5 m, to na dodatek naprawdę ładne. Otoczone zielenią, błyszczące, idealnie pasują do charakteru miasta, które jest najładniejszą z odwiedzonych przez nas dotąd wielkich metropolii.
Pierwsza "rajska" wyspa na naszej trasie. Miało być pięknie i w sumie było, ale nie obyło się bez stresów i strat. Największy dramat tego etapu to utracona ukochana czapeczka Adama, która jest teraz pewnie wpierniczana przez kraby gdzieś na dnie Morza Andamańskiego...
Kolejne kilka dni przerwy w naszym maratonie. Krabi urzekło nas wspaniałym nocnym bazarem i mnogością atrakcji w swoim sąsziedztwie. No i przemiłym hostelem z darmowym wi-fi, działającym wentylatorem, włsną łazienką, wielkim oknem z widokim na rzekę i naprawdę dobrą ceną za dobę. A co, trochę luksusu też czasem musi być!
Phuket znajduje się, obok Bangkoku, Krabi i Ko Phi Phi Island, na szczycie listy miejsc proponowanych przez organizatorów wycieczek do Tajlandii. Do wzrostu jego popularności z pewnością przyczynił się film "The Beach" z Leonardo di Caprio. Ale czy rzeczywiście warto je odwiedzić?
Na trekking w dżungli czailiśmy się właściwie już od wjazdu do Laosu. Tyle że tam nasze plany zostały szybko zweryfikowane - ceny okazały się 3 razy droższe niż te z przewodnika. I może nawet dobrze się stało, bo czy po wejściu do laotańskich lasów moglibyśmy powiedzieć: "Welcome to jurassic park"? Nie wiadomo. A w Tajlandii, w Khao Sok mogliśmy powiedzieć to bez wahania.
Do Parku Narodowego Laem Som
trafiliśmy właściwie przez przypadek – parę dość bezbarwnych zdań w przewodniku
i silna potrzeba jak najszybszego kontaktu z Morzem Andamańskim sprawiły, że
zdecydowaliśmy się odbić od drogi na południe i zobaczyć, jak się mają sprawy
po zachodniej stronie kraju. No i bingo – trafiliśmy do raju.
Natalka: Wierzę
w magię chwil. W
krótkie migawki czyniące nasze życie wzniosłym, pięknym i
uduchowionym. To
momenty całkowitej akceptacji siebie i świata, niezwykłe poczucie
połaczenia ze slońcem, ziemią, wiatrem i powietrzem. Pełnia
swiadomości, dająca początek czystym myślom.
(Tajlandia)
Jedno z największych miast świata jest zaskakująco symapatyczne, przyjazne i - uwaga! - tanie. Śpimy przy Khao San, legendarnej ulicy w klimacie backpeckersowskim, za równowartość 6,50 PLN za osobę. Jest gorąco, intensywnie i kolorowo.
Fantastyczne ruiny całego ogromnego komleksu świątyń były naszym drugim przystankiem w północnej Tajlandii. Wypożyczyliśmy motorek (nasz pierwszy raz w lewostronnym ruchu) i śmignęliśmy zwiedzać. Planowaliśmy spędzić tam dwie godziny, a zostaliśmy prawie sześć - aż do zachodu słońca.
20 km od miasta. Niby blisko, ale pokonanie tego dystansu na rowerach zajęło nam w obie strony cały dzień. Ale było warto, bo park, choć nie jest starożytny, naprawdę robi wrażenie. Po drodze odwiedziliśmy też nieco mniej spektakularny, ale za to zrobiony z rozczulającą nieudolnością park dinozaurów. Ubaw po pachy.
Kiedy, będąc już w Tajlandii, zastanawialiśmy się, jaki tutuł nadać naszej relacji z Laosu, najbardziej odpowiedni wydał się nam cytat z Johna Miltona: "Raj utracony". No, może z małym znakiem zapytania, ale nie zmienia to faktu, że pomimo pięknej przyrody i paru naprawdę fajnych przeżyć, Laos jest jak na razie największym rozczarowaniem na naszej trasie.
Wybrane zdjęcia z naszego pobytu w Państwie Środka. Chociaż zamiast o pobycie, należałoby chyba mówić bardziej o tranzycie - od początku zakładaliśmy, że przez terytorium tego ogromnego kraju chcemy się po prostu przemieścić, a jego dokładniejsze zwiedzanie zostawiamy sobie na osobną podróż.
Dwa dni i dwie noce – tyle właśnie czasu
spędziliśmy w chińskim pociągu na trasie Xi’an – Kunming. Niestety, choć gotowi
byliśmy zapłacić niemal dwukrotność ceny normalnego biletu, nie udało sie nam
kupić ani bezpośrednich biletów, ani miejscówek w przedziale sypialnym. Dlatego
wizja podróży na leżąco znikła, zanim sie jeszcze tak naprawdę pojawiła.
Kaszgar (Autonomiczny Region Ujgurski w granicach Chińskiej Republiki Ludowej)
5
dni w jednym z miast chińskiej prowincji Sinkiang, zamieszkałej w w
dużej części przez rdzenny na tych terenach lud Ujgurów. Smutne wnioski
odnośnie chińskiej polityki represji wobec nich oraz zdjęcia z
systematycznie burzonego starego miasta.
Kirgistan Autostopowa przeprawa przez góry, trekking w Tien-Shanie, wspaniałe jezioro Issyk-Kul i problematyczna przeprawa do Chin. Plus mnóstwo ciekawych fotek. Zapraszamy.
Tadzykistan od poczatku brzmial
zachecajaco. Mialo byc przede wszystkim chlodniej, a poza tym surowo i
dziko. Po 2 tygodniach spedzonych glownie w miastach chcialiśmy pobyc
troche w otoczeniu przyrody – spac pod namiotem, chodzic po gorach, pic
wode z potokow, ogladac gwiazdy...
Po rozgoraczkowanej, metropolitarnej Moskwie, pelnej wysokich budynkow,
zagonionych ludzi i niemal wyczuwalnego w powietrzu wielkomiejskiego
stresu, Samarkanda jawi sie nam jako oaza spokoju, usmiechu i
sympatycznego luzu...
Zmianę poczuliśmy już na „granicy”, choć nikt nie kontrolował naszych
paszportów ani nie wbijał nam pieczątek. Okazało się potem, że tak
właśnie wygląda przekraczanie granicy białorusko - rosyjskiej. Panie
konduktorki nie były już tak miłe i urodziwe jak na Białorusi, nie
pytały się grzecznie kto nie ma biletu, tylko bezwzględnie i nieufnie
kontrolowały wszystkich pasażerów po kilka razy. Witaj Rosjo :-)
Wyjechaliśmy. Wszystko odbyło się zgodnie z planem – dzień, godzina,
pociąg, my. Na dworcu żegnała nas spora gromadka przyjaciół i rodziny.
Było bardzo wzruszająco. Dziękujemy Wam wszystkim, za to, że jesteście
i w nas wierzycie.