Za czym
tęsknimy? Najczęściej chyba za czymś, co pozostawiło w nas dobre
wspomnienia, a
zostało chwilowo lub bezpowrotnie utracone. Za czymś, co było, a czego
już nie
ma, co odeszło w przeszłość, przeminęło, rozpłynęło się.
Tęsknota jest
synonimem poczucia braku – nieposiadania czegoś, nieobecności kogoś.
Ja tęsknię czasami
za Yeti – mitycznym małpoludem, zamieszkującym trudnodostępne dla
człowieka
rejony, którego spotkałem sześć lat temu w Sajanach, na
rosyjsko-mongolskim
pograniczu. Tęsknię, choć nasze spotkanie trwało ledwie kilka sekund i
choć
nigdy się nie zobaczyliśmy, bo nawet w tym krótkim czasie nasze oddalone
o parę
centymetrów twarze oddzielała napięta membrana namiotu.
W
2003 roku miałem 22 lata i wciąż jeszcze męczyłem
się na studiach prawniczych. Nasz (mój i Magdy) wyjazd nad Bajkał miał
być więc
z jednej strony próbą zrelaksowania się po trudnym semestrze, a z
drugiej
kontynuacją udanego wyjazdu z poprzedniego roku, kiedy to spędziliśmy we
dwójkę
prawie cztery tygodnie w górach Skandynawii.
Moja
wizja wyglądu podróżnika przez te kilkanaście
miesięcy pozostała niezmienna – wciąż nosiłem popularne wówczas w ZHP
czarne opinacze
(rodzaj wysokich wojskowych butów ze skóry), obowiązkowe grube dżinsy
przefarbowane domowym sposobem z koloru białego na zielony i filcowy
kapelusz
a’la Indiana Jones z ręczne doszytym sznurkiem, który zapobiegał
porwaniu przez
wiatr. W plecaku miałem też czarną, gumowaną pałatkę, diablo ciężką i
wielką, w
której jednak czułem się jak przemierzający prerię kowboj z książek
Karola Maya.
Magda
była dużo bardziej praktyczna – mimo, że
wyposażenie sklepów ze sprzętem trekkingowym czy górskim nie równało się
wówczas nawet jednej dziesiątej tego, co można w nich kupić dzisiaj,
miała już porządne
lekkie buty oraz syntetyczne spodnie, skarpety i kurtkę. W głębi serca
uważałem
jej ekwipunek za trochę nowomodny i szczyciłem się swoim stylem
twardziela,
który nie idzie na łatwiznę. Prawie 30-kilogramowy plecak nie był dla
mnie
jeszcze problemem, a przynajmniej tak wydawało mi się na początku
wyjazdu.
Kierunek
„wschód” i magicznie brzmiąca nazwa Kolei
Transsyberyjskiej stanowiły dla mnie wtedy spełnienie marzeń. Syberia w
mojej
wyobraźni trwała jako dzika, romantyczna kraina, inny świat symetryczny
wobec
nieistniejącego już Dzikiego Zachodu oraz jako przedłużenie
sienkiewiczowskich
Dzikich Pól. I trzeba przyznać, że się nie zawiodłem.
Do
mojego spotkania z Yeti doszło w nocy, na
wąskiej turni gdzieś w pobliżu granicy. Nie mam pewności gdzie dokładnie
byliśmy, bo jedyna mapa jaką mieliśmy do dyspozycji miała podziałkę
jeden do
miliona. Innych map tego regionu jeszcze wówczas nie było, lub były tak
trudno dostępne,
że nie udało się nam ich znaleźć.
Szliśmy
już dość długo pod górę, w gęstej mgle,
próbując znaleźć jakieś w miarę równe miejsce na biwak. Niestety, kiedy
wspięliśmy się na przełęcz, zamiast oczekiwanego płaskowyżu zobaczyliśmy
kłębiące się nam u stóp po drugiej stronie chmury. Rzuciliśmy kamień –
przepaść.
Na
schodzenie po własnych śladach było już za
ciemno, a poza tym byliśmy zbyt zmęczeni, by wędrować w trudnym terenie
przez
kolejnych parę godzin. Mgła wokół nas gęstniała, robiło się naprawdę
niesamowicie. Zdecydowaliśmy się iść wzdłuż grani, mając nadzieję, że w
końcu
rozszerzy się ona w miejsce, na którym będzie można rozbić nasz mały
namiocik.
I rzeczywiście – po kilkudziesięciu minutach karkołomnego marszu
znaleźliśmy
coś w rodzaju półki. Po obu jej bokach domyślaliśmy się ziejących
otchłani. W
niemal zupełnych ciemnościach poukładaliśmy na półce jeszcze trochę
kamieni, by
uczynić ją nieco równiejszą, pospiesznie rozłożyliśmy namiot, zjedliśmy
szybką
kolację i – naprawdę zmęczeni – zasnęliśmy.
Obudziłem
się koło 3 w nocy wśród absolutnej
czerni. Z początku nie wiedziałem dlaczego, jednak od razu poczułem
narastający
niepokój, od którego szybciej zabiło mi serce. Wytężyłem słuch, chociaż
już w
czasie marszu zwróciliśmy z Magdą uwagę, jak bardzo mgła tłumi i
zniekształca
wszelkie dźwięki.
I po
chwili – usłyszałem.
To
były kroki. W środku syberyjskiej nocy, na
wysokości ponad 3 tys. m, w gęstej jak mleko mgle, w górach, w których
od paru
dni nie spotkaliśmy żywej duszy, ktoś szedł naszym tropem po ścieżce
zbliżonej
spiętrzeniem przeszkód i głębokością przepaści do tatrzańskiej Orlej
Perci. I
zbliżał się coraz bardziej do miejsca, w którym nasz namiot całkowicie
zagradzał wijącą się po grani niby-ścieżkę.
Po
krótkiej chwili, skamieniały z przerażenia,
wyraźnie rozróżniłem rytm uderzeń o skały: łup; łup; łup. Coraz bliżej.
To
nie było możliwe.
To
nie mógł być ktoś.
To
mogło być tylko coś.
Ale
co? Na pewno nie żadna kozica, których ostre uderzenia
racic o kamienie słyszeliśmy już wcześniej. Na pewno nie była to,
występująca co
prawda na tych terenach, ale niezwykle rzadka pantera śnieżna, bo jej
miękkie,
kocie ruchy są cichsze od szelestu. Nie był to też niedźwiedź –
rozbrzmiewające
coraz wyraźniej powolne, ciężkie i jakby szurające kroki należały z całą
pewnością do istoty dwunożnej. Łup; łup; łup.
Jeszcze
moment i usłyszałem też oddech – chrapliwy,
gardłowy, groźny.I zupełnie nieludzki.
Nigdy
wcześniej i już nigdy później tak się nie
bałem.
Kroki
zamilkły tuż przy ściance namiotu. Magda
spała głęboko, a ja – zamarły w pół-wychyleniu ze śpiwora, czekałem w
straszliwej zgrozie na zęby albo pazury, które zaraz rozedrą tę marną
osłonę,
by ułamek sekundy później w ogłuszającym ryku rozerwać również nas.
Przez
parę sekund (lat – wieków) ani stworzenie na
zewnątrz, ani ja, nie wydaliśmy najmniejszego odgłosu. A potem on
odetchnął
głęboko, jakby starczo, z rezygnacją, i ruszył wśród delikatnego
grzechotu
kamieni w tę samą stronę, z której przybył. Po paru chwilach nie
słyszałem już
nic.
***
Moi
znajomi lubią, kiedy opowiadam tę historię –
uważają, że jest ciekawa i ma w sobie sporą dawkę dramatyzmu. Ale dla
mnie,
kiedy wspomnienie strachu tamtych kilkudziesięciu sekund już mocno
wyblakło,
mój prywatny Yeti urósł do rangi symbolu czasów, które bezpowrotnie
przeminęły.
Czasów, które wspominam ze szczerą nostalgią i – właśnie – trochę z
tęsknotą.
Jeśli
dobrze pamiętam, żadne z nas nie miało
wówczas ze sobą komórki. Nawet jeżeli jakąś wzięła Magda, to roaming
polskich
sieci był jeszcze tak ubogi, że w Rosji nie można było z niej korzystać.
Tak
więc nasz kontakt z krajem był bardzo ograniczony i sprowadzał się albo
do
telefonów z karty (jeśli udało się nam znaleźć odpowiedni i działający
automat), albo do mozolnych prób połączeń za pośrednictwem rosyjskiej
poczty. Do
dziś pamiętam radość mamy, kiedy po kilkunastu dniach milczenia udało mi
się w
końcu dodzwonić do domu.
Podobnie
było rok wcześniej, w Skandynawii. Zgubiliśmy
się wtedy bezpowrotnie z moim kolegą z liceum i jego towarzyszką tylko
dlatego,
że przez brak kontaktu po podziale na dwie autostopowe grupy nie udało
się nam
już spotkać. Wymyślony naprędce przy rozstaniu system karteczek, które
mieliśmy
sobie zostawiać na dworcach kolejowych w mijanych miastach, niestety nie
zdał
egzaminu i tak z czteroosobowej wyprawy zrobiły się w końcu dwie osobne.
Wróćmy
jednak do Rosji. Nikt w moim domu nie miał
jeszcze wówczas adresu mailowego na który można by wysłać wiadomość,
zresztą za
wschodnią granicą Polski Internet po prostu nie istniał. Ja sam
założyłem sobie
konto ledwo parę miesięcy wcześniej, właśnie pod wpływem Magdy, która
mieszkała
w Katowicach i przekonała mnie, że komunikacja przez modem jest znacznie
tańsza
niż rozmowy międzymiastowe i nieporównanie szybsza niż pisanie listów. A
naszą
wyprawę na Syberię trzeba było w końcu jakoś wspólnie zaplanować. I ten
argument w rodzinnym bilansie zysków i strat w końcu przeważył – w
naszym domu,
za pośrednictwem dramatycznie wolnego łącza, zawitał informacyjny świat
www.
Różnice
między „wtedy” a „teraz” można by wyliczać
jeszcze długo.
Wtedy
chciałem być jeszcze prawnikiem, dziś już
wiem, że na szczęście nigdy nim nie będę.
Wtedy
byłem zażartym wrogiem aparatów cyfrowych,
które, choć oczywiście dostępne już na rynku, były szaleńczo drogie i
stanowiły
dla mnie całkowite zaprzeczenie idei fotografii. Dziś pstrykam głównie
cyfrową
lustrzanką.
Wtedy
sądziłem, że wszystko wiem i muszę tylko
uświadomić innym, że się mylą. Dziś rozumiem, że wciąż wiem bardzo mało,
nie
chcę też już nikomu niczego uświadamiać.
Wtedy
miałem jeszcze włosy, teraz gdzieś mi
zniknęły. Noszę za to lekkie, wygodne, trekkingowe buty, pałatkę
zastąpił
poręczny i pakowny sztormiak, a zamiast obciachowego obecnie kapelusza
pojawiła
się dość pospolita czapeczka z daszkiem. Przejąłem też wiele z
użytecznych
podróżniczych patentów Magdy, które odchudziły mój plecak o ładnych parę
kilo,
dzięki czemu nie miewam już takich kryzysów jak ten w syberyjskiej
tajdze, parę
dni po spotkaniu z Yeti.
Moja
rodzina traktuje codzienne smsy z Tadżykistanu
czy Laosu jako normę, a dzięki rozmowom przez Skype’a jest prawie tak,
jakbyśmy
byli tuż obok siebie.
Niby
wszystko zmieniło się na lepsze, świat się
zmniejszył, historia przyspieszyła, a komunikacja między ludźmi nigdy
wcześniej
nie była tak łatwa i przyjemna.
Ale,
ale, ale...
Z
wieloma przyjaciółmi z tamtych lat nie mam już
kontaktu. Pokończyli studia, pozakładali rodziny, odeszli w ważne
przedsięwzięcia i projekty. Magda wyjechała za granicę i od bardzo dawna
ze
sobą nie rozmawialiśmy. Mój młodzieńczy radykalizm gdzieś się rozpłynął,
a
romantyczną podróż w prawdziwe „Nieznane” zastąpiła skrupulatna lektura
przewodników Lonely Planet i licznych barwnych map najodleglejszych
zakątków
świata. W ogromnej ilości codziennych zdjęć trudno się połapać, a
większości z
nich pewnie i tak nikt nigdy nie obejrzy.
Oczywiście
wciąż mam wokół siebie cudownych ludzi,
a przy boku wspaniałą dziewczynę, która bez dwóch zdań jest w końcu tą
właściwą. Odbywamy właśnie podróż naszego życia i jesteśmy naprawdę
szczęśliwi.
Ale
tamte, niby niedawne lata, ze swoją nutką
zacietrzewionej nieporadności i posmakiem tajemnicy nieznanego,
nieodwołalnie
odeszły w przeszłość. Ich niknącą ikoną wciąż pozostaje mój Yeti, choć w
żadnym
z syberyjskich poradników z informacjami o kurortach i cenach nie
znalazłem o
nim najmniejszej wzmianki.
Powoli
przestaję też być pewien, czy do tego
spotkania kiedykolwiek doszło.
Adam
Miński / www.jaknajdalej.pl
Komentarze (4)
Napisz komentarz
Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
*Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.